Moje ulubione sceny #8 – U babci straszy

Moje ulubione sceny #8 – U babci straszy


Uwielbiam polskie tłumaczenia tytułów filmów. Są bardzo „kreatywne”. Szklana pułapka, wirujący seks, młodzi gniewni, przerwana lekcja muzyki — to tylko niektóre z nich. Skąd biorą się takie nazwy? Czy to fantazja tłumacza? Okazuje się, że nie. To zabieg marketingowy. Dystrybutor musi tytułem oddać sens filmu i co najważniejsze, na tyle sprowokować potencjalnego widza, żeby zachęcić go do wizyty w kinie. W przypadku dzisiejszego odcinka moich ulubionych scen o wyjściu do kina nie było mowy, ponieważ film ukazał się tylko na VHS. Niestety, nigdy nie natrafiłem na niego w videotece, choć został legalnie wydany przez Silesia Films. Wpadł mi w ręce zupełnie przypadkowo. Mój starszy kolega, który pracował na kopalni, pewnego dnia przyniósł z pracy kilka kaset video zawiniętych w gazetę (pamiętam jak dziś) i zaproponował mi wspólne przegrywanie. Bez wahania się zgodziłem, ponieważ już od dawna chciałem powiększyć swoją kolekcję, żeby móc swobodnie wymieniać się tytułami z innymi videomaniakami. Przygotowaliśmy cały sprzęt tzn. dwa magnetowidy spięte kablami chinch – chinch, czyste kasety video E-180 Adachi, sprawdziliśmy kopie filmów które miały być przegrane i wcisnęliśmy czerwony guzik REC. Z racji najbardziej intrygującego tytułu wybór padł oczywiście na „U babci straszy”. Kolega stwierdził jednak, że bajek nie będzie oglądał i położył się spać, tłumacząc się zmęczeniem po ciężkiej szychcie. Mnie to pasowało, ponieważ miałem spokój i ciszę podczas seansu. 


u babci straszy

Grandmother’s House, bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu, w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Dom babci”. Nie dziwię się, że dystrybutor wybrał nazwę „U babci straszy”, ponieważ ten film to horror, mało tego to slasher. Tylko w taki sposób mógł zwrócić uwagę potencjalnego widza. Nie ukrywam, że polskie tłumaczenie wzbudzało politowanie i uśmiech na twarzach starszych widzów nawet we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, dlatego reakcja mojego kolegi wcale mnie nie zdziwiła. Nie mniej jednak w oczach dziecka (moich) brzmiało niesamowicie, intrygująco i zachęcająco do tego żeby włożyć kasetę do magnetowidu.

Historia przedstawiona w filmie opowiada o dwójce rodzeństwa, które po śmierci ojca zostaje przygarnięte przez dziadków (choć z racji tytułu powinno być babciów) i zamieszkuje razem z nimi w wielkim domu. Starsza dziewczynka o imieniu Lynn bardzo przeżywa tragedię, natomiast jej młodszy brat David jakby mniej. Pewnego dnia zauważa on, że ich opiekunowie dziwnie się zachowują, ukrywając jakąś tajemnicę, a na domiar złego w okolicach domu zostaje znalezione ciało mężczyzny. Okazuje się, że … no właśnie, nie będę się rozpisywał i zdradzał fabuły. Mogę tylko oznajmić, że ten horror naprawdę straszy. Nie dlatego, że oglądałem go za małolata i wtedy każdy horror straszył, ale dlatego że niesamowicie trzyma w napięciu. I to do dzisiaj. Niektórzy twierdzą, że to klasa b sama w sobie. Nie zgadzam się! Dla mnie to jeden z lepszych slasherów lat osiemdziesiątych. Bardzo niedoceniony. Szkoda, bo wszystko jest w nim dopracowane, a niesławni aktorzy grają wyśmienicie. Dziwne, że nie odniósł sukcesu w swojej kategorii. 



Nie tylko uczucie strachu urzekło mnie w tym filmie, ale sceneria również. Słoneczna Kalifornia z pomarańczami na drzewach, wysokimi palmami i czerwonym słońcem była tak wielkim kontrastem dla szaro‑burego, ponurego śląska, że jej magia mnie zaczarowała. I mimo upływu lat, czar ten nie chce prysnąć. Za małolata miałem się tam przeprowadzać, emigrować, uciekać, ale życie tak się jakoś potoczyło, że jedyną możliwością jaka mi teraz została to teleportacja za pomocą Google Maps. No to do dzieła.

Film nakręcono w 1988 roku, w mieście Redlands położonym w rejonie Los Angeles. Nie ukrywam, że odnalezienie tej lokacji sprawiło mi wiele trudu, ponieważ garstka internetowych informacji na temat planu zdjęciowego, okazała się nieprawdziwa. No, ale udało się. Redlands, podobnie jak i cała Kalifornia znajduje się w klimacie podzwrotnikowym. Cechuje się ciepłym, suchym latem i łagodną zimą. Całoroczne słońce i wysoka temperatura, sprzyja uprawom roślin tropikalnych. Aż chce się człowiekowi żyć w takim miejscu. 




Początkowe sceny kręcono w okolicach Palmetto Ave oraz Nevada Street. Autobus wiozący dzieci do ich nowego domu, jechał właśnie po tych ulicach. Co tak bardzo urzekło mnie w tej scenerii? Palmy. Jak widać na załączonych obrazkach, drzewa kształtują się w korytarz. Rosną wzdłuż jezdni, tworząc charakterystyczny kalifornijski krajobraz. 














Te palmy to prawdopodobnie Washingtonia robusta czyli palmy meksykańskie. Ich wysokość może dojść do 30 metrów. W dalszych ujęciach możemy zauważyć palmy Washingtonia filifera czyli palmy kalifornijskie. Są widoczne w momencie, gdy dzieci wysiadają z autobusu i idą ścieżką prowadzącą do domu. 



Rośliny te cechują się wysokością do 15 metrów. Ich pnie mają charakterystyczną spódniczkę z opadających, suchych liści. Niestety, na współczesnych zdjęciach z Google Maps tych suchych liści nie zobaczymy. Mało tego, palmy są znacznie większe i wypielęgnowane. Widać, że właściciel dba o drzewa. Zmienił się również wjazd do posesji. Teraz widnieje tam brama, a dwadzieścia sześć lat temu podczas kręcenia filmu wjazd był swobodny. Miejscówka znajduje się przy 31674 Citrus Ave. Na szczęście odnalazłem również zdjęcia satelitarne z Bing Maps, które pochodzą chyba ze wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Widać na nich, że lokacja jest jeszcze nie zmieniona. 










Początek tego filmu tak pozytywnie wpłynął na moje wyobrażenie o ziemskim raju, że żaden inny obraz do tej pory nie potrafi wyprzeć tej wizji. Może dlatego, że podczas seansu byłem małolatem z chłonnym jak gąbka umysłem, nieskażonym jeszcze zachodem? Może dlatego, że żyłem gdzieś na Śląsku, gdzie topniał komunizm, gdzie zimowa szaruga z sadzą na śniegu powodowała, że nie chciało się patrzeć za okno? Sam nie wiem. W każdym bądź razie zazdrościłem temu rodzeństwu, że dorastało w takiej scenerii. Mogli się cieszyć nieustannym ciepłem, słońcem, zielonymi drzewami, śpiewem ptaków. Podczas, gdy ja musiałem marznąc w przemoczonych butach i wdychać pył z węglowej elektrowni za płotem. No cóż, taki mój los. Na Śląsku się urodziłem i jedyne co wtedy mogłem, to marzyć, uciekać w opowieści o Ameryce, które ktoś przywoził zza oceanu. I choć te kalifornijskie historie były nie do wyobrażenia, wchodziły w moją głowę idealnie. Nie dopuszczałem myśli, że to fikcja. Zresztą potwierdzały to filmy. Do dziś jaram się Kalifornią na maxa, mimo że odkryłem na świecie bardziej rajskie miejsca. Pytanie — czy są tak samo wolne jak Ameryka?

09.09.2014

Filmy o tematyce śląskiej

Publikacja 10 albumów, które wpłynęły na mój muzyczny gust.

Memuar z czasów zarazy. Lata dwudzieste XXI wieku.

Filmy drogi

Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.