Kto ma łajta?

Kto ma łajta? Gdzie jest łajt? Widział ktoś łajta? To pytania, które dryfują w dusznej atmosferze salonu gier wideo, od czasu do czasu odbijając się od ośmiobitowych dźwięków wydostających się z głośników nagrzanych automatów. A zadają je spragnieni świeżości gracze siłowo uderzający w klawisze, manewrujący gałką w lewo i prawo, prowadzący na ekranach swoich bohaterów przez fantastyczne krainy, lokacje niczym z amerykańskiego snu, ubarwione dwustu pięćdziesięcioma sześcioma kolorami z zakresu RGB. 

Nie ma łajta, łajt będzie o osiemnastej - pada głośna odpowiedź gdzieś z maszynowych czeluści pstrokato mrugających elektronowych kineskopów. 

Czekają. 

Cierpliwie czekają przed wejściem, ćmiąc szluga za szlugiem. Szef wystawił im nawet popielniczkę na zewnątrz. Narzekał wciąż, że brudzą, plują na trotuar, skubią słonecznik, pieklił się, że jak tak dalej pójdzie, to będą mieli zakaz wstępu na flipry. Dlatego posłuchali go, bo szef salonu jest matuzalememem, więc nie wypada się z nim kłócić, trzeba uszanować jego zdanie i nie można mu wiecznie przypominać, że dzięki nim, wyrośniętym graczom, ten bajzel przy kościele w ogóle funkcjonuje. On o tym doskonale wie. Pragnie tylko utrzymać porządek. 

Tak, to chłopaki z dobrych domów, trochę zempatyzowani przez dragi, jakby ich mózgi pokryły się dodatkowymi komórkami nerwowymi od tych wszystkich proszków, tabletek i suszów roślinnych koloru zielonego. 

Jeszcze pół godziny i szanowny łajt zaszczyci swoją obecnością salon gier video na Kościelnej. Ciekawe czy będzie coś miał, czy znów wejdzie spocony i  podejrzanie szybki - dumąją wgapieni w monitory? Zwykle wpada na chwilę, kupuje kilka żetonów u szefa, wrzuca do automatu i w pocie czoła gra na rekord. By się podlizać chwalą jego zręcznościowe umiejętności i delikatnie dopytują czy ma łajta. Gdy ma, kiwa głową że tak i każe czekać aż skończy, by potem wyjść z jednym i drugim na zewnątrz i przekazać z ręki do ręki to co najważniejsze dla świeżości umysłu. Gdy nie ma albo ma tylko dla siebie, staje się zmierzły i opryskliwy, każe spierdalać i wrzeszczy, że nie zajmuje się takimi rzeczami. 

Wtedy najczęściej jęczą zawiedzeni, snują się jak zombie wokół maszyn, szeptają mu do ucha - odsyp coś, dawałem ci przecież jak miałem. Ale on jest twardy, nigdy nie łamie zasad, które sam ze sobą ustalał, nie odsypuje, nie daje na krechę. 

Aż dziwne, że nigdy nie wpadli na pomysł, żeby go skroić z towaru i przekopać za salonem. Pewnie się boją. Miękkim chujem robieni. Przyprowadził by kolegów, przekopał całe to bananowe towarzystwo i tyle by go widzieli. 

A łajta się chce. Dziurki w nosie świerzbią, dziąsła pieczą, bo mózg nie może zasnąć w tym nudnym, sennym mieście. 

O! Wreszcie pojawia się łajt. Parę minut po osiemnastej wchodzi dumnie do salonu jak szeryf z dzikiego zachodu i o dziwo nie kopie w drzwi, tylko kłania się szefowi, bo kulturę osobistą chłopak posiada. Patrzą na niego badawczo, próbują się odezwać, powiedzieć cześć, złapać wzrokowy kontakt, ale unika, unika spojrzeń jak może mimo, że nie jest podejrzanie szybki. 

Za nim wchodzą - niby osobno, a jednak sprawnie oko wyłapie, że razem - dwaj dorośli panowie. Od razu widać, że to nie przypadek i ciekawość świata wideo ich tutaj sprowadza. Ubrani szaro, buro i ponuro, nie pasują do towarzystwa skejtów w szerokich spodniach i zdartych od deskorolki vansach. Coś nie gra. Panowie są zbyt pewni jak na pierwszą wizytę w salonie, kupują żetony, wrzucają do automatu i zaczynają grać, rozrzedzając gęstą atmosferę.

α-metylofenetyloamina

15.09.2019

Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.