Śląska palma wielkanocna

Oto moja tradycyjna śląska palma wielkanocna. Jak nietrudno zauważyć znacznie różni się od polskich palm, ponieważ nie jest jarmarczna i nie zawiera kolorowych elementów. Jej długość to około 30-40 centymetrów. Składa się z pięciu gatunków drzew i krzewów, co symbolizuje ilość ran Chrystusa, choć może składać się także z siedmiu, które odpowiadają Siedmiu Boleściom Najświętszej Marii Panny. Najczęściej są to: wierzba, leszczyna, bukszapan, barwnik, borówka, cis i widlak. Jedyny kolorowy składnik, to czerwony dereń symbolizujący krew Jezusa.




Starsi mieszkańcy Górnego Śląska wierzą, że poświęcona palma ma magiczną moc i oprócz tego, że chroni przed różnorakimi chorobami, wystawiona za okno strzeże przed piorunami podczas burz oraz złymi mocami. 

Palma wielkanocna zaobserwowana na osiedlu Kaufhaus w Rudzie śląskiej
Palma wielkanocna zaobserwowana na osiedlu Kaufhaus w Rudzie śląskiej

Podczas moich wędrówek po koloniach robotniczych śląskich miast, zauważyłem kilka palemek wiszących przy oknach ajncli familoków. Pierwsza pochodzi z osiedla Kaufhaus w Rudzie Śląskiej. Druga natomiast wisi przy oknie na osiedlu Pekin w Katowicach - Bogucicach. 
Moja, jak tradycja nakazuje, została spalona w wiosennym ognisku.

Palma wielkanocna zaobserwowana na osiedlu Pekin w Katowicach - Bogucicach
Palma wielkanocna zaobserwowana na osiedlu Pekin w Katowicach - Bogucicach

14.05.2019 Leave a comment

Scooter

Leżałem na trawie i gapiłem się w gwiazdy, które migotając na niebie, nadawały jakąś wiadomość w nieznanym mi kodzie wszechświata. Nie potrafiłem w żaden sposób jej rozszyfrować, a na dodatek od tego ściemnionego jointa krążącego wokół ogniska, co chwilę łapałem schizę, że ciężkie chmury oświetlone blaskiem księżyca spadną i uduszą mnie ołowianym puchem. Na szczęście, gdy odwracałem głowę zerkając na horyzont, chorzowski las kominów podtrzymywał firmament niczym rusztowanie, tworząc stabilną konstrukcję. Widok ten uspokajał mnie, choć gdy zacząłem porównywać dawny krajobraz tego przemysłowego miasta utrwalony za małolata na bytkowskich polach z obecną panoramą, ogarniał mnie żal, bo z roku na rok ilość tych betonowych drzew malała. Znikały powoli, ale konsekwentnie. Jedyne co pozostawało niezmienne, to świeczka karbidowni, która płonąc jak pochodnia podgrzewała blaskiem metanu ten śląski kocioł czarownic, z którego obłoki dymu i pary ulatywały do atmosfery niczym kolorowe pióropusze, reprezentując potęgę tego miejsca.


Ognisko płonęło, chrust zebrany na polach z tyłu ulicy bytomskiej tlił się nad ziemniakami zakopanymi w gorącym popiele. Powoli dopadał mnie pacman i powoli odczuwałem zimno leżąc na grzbiecie. Obróciłem się więc na bok by mieć na oku skwierczący żar oraz całe to przepite, zamulone dużą ilością zioła towarzystwo, które w skupieniu słuchało jak Tomuś, w cipę czesny bród, szarpie to swoje pudło. Nie podobał mi się koleś. Stylówa na Riedela, czerwona bandana na czole, długie tłuste włosy, wytarte dżinsy, kamizelka i to brzdękolenie, podśpiewywanie, zawodzenie. Dziewczyny natomiast wczuwały się w nuty wydobywające się z drgających metalowych strun, robiły do niego maślane oczy i pewnie wilgły tu i ówdzie, marząc o szybkim numerku w pobliskich krzakach. 

Poprzez podskakujące płomienie zobaczyłem dwójkę moich kolegów z którymi przyszedłem na to majówkowe ognisko i jak dobrze rozkminiłem z języka spojrzeń im również nie pasował repertuar proponowany przez tego grajka. Ich zachmurzone twarze zdradzały, że gitara Tomusia może jeszcze tej nocy zostać złamana na kolanie, a jej drzazgi wykorzystane na opał, bo tak się jakoś składało, że żar przygasał, a nikt z gospodarzy nie kwapił się by nanieść drewna. No, właśnie, zaproszono mnie z towarzystwem na to ognisko, więc czułem się gościem, który nie przyszedł tutaj dymić, tylko szukać dymu, niebieskiego dymu o zawartości tetrahydrokanabinolu większej niż dwie dziesiąte punktów procentowych. 

Drażnił mnie ten blues. Nie byłem fanem takich dźwięków. Moi koledzy również. Kręciły nas dźwięki syntetyczne, które dobrze elektryzowały i zarazem ładowały ortalion naszych dresów. Byliśmy bowiem osiedlowymi elektroskopami, podatnymi na ładunki elektryczne. Lubiliśmy niski bas, dudniące stopy i elektromagnetyczny synth na klawiszach. A to rzępolenie działało wręcz jak uziemienie po którym wszystkie ładunki spływały w dół. Wstałem ze swojego legowiska i uwaliłem się bezpośrednio pod czerwonymi językami ognia buchającymi z paleniska. Koledzy trochę się oburzyli, ale gdy tylko spojrzałem na te przećpane mordy z rozdziawionymi jak karp ustami, wiedziałem że wiążą w sobie odpowiednie słowa by raz dwa uwolnić je w kierunku Tomusia. 

Wkurwio mie i zaroz mu jebna. - szepnął mi do ucha Krepel.

Spojrzałem na niego i przytaknąłem dając do zrozumienia, że mnie również.

- Te, skończ już grać! - w pewnym momencie Krepel nie wytrzymał i ryknął na cały głos.

Zapanowała cisza. Rozbiegane oczy wszystkich dookoła skupiły się na Kreplu.

- Ale dlaczego ma skończyć grać? - pyskate dziewczyny zaczęły się rzucać.

- Bo mi sie nie podobo!

- To jak ci się nie podoba, to idź stąd! - W ogóle, to kto was tutaj zaprosił? Do kogo przyszliście? 

- Nie twój zasrany interes larwo. - wstał i oburzył się Krepel, po czym doskoczył do Tomusia.

- Nie pasujecie do tego towarzystwa. Idźcie stąd! - coraz więcej odważnych głosów próbowało wyrzucić nas z ogniska.

- Pójdemy stond jak zagro Scootera. Te, słyszysz, zagrej Scootera! Jak nie zagrosz, to ci złomia te wiosło.

- Tomek, nie daj im się sprowokować. - krzyczały dziewczyny.

Ale Tomek spojrzał z politowaniem na grubego Krepla, po czym zaczął sztywno szarpać struny. Z początku melodia była dość niewyraźna, by po chwili wybrzmieć i ułożyć się w “How much is the fisch?”. Krepel momentalnie rozpoznał piosenkę, zaczął się bujać, wyjął ręce z kieszeni i złożył w ramionach. Na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie, zresztą chyba jak na twarzach wszystkich zgromadzonych przy ognisku. Ludzie rozpoznali charakterystyczne dźwięki Scootera i z zaciekawieniem kiwali głowami. Noga Krepla drgała samoczynnie wyznaczając rytm, a on tak się wkręcił w ten nazwijmy to cover, że krzyczał w niebogłosy: How much is the fisch? i stadionowo nucił: na na na na nana na na nanana.

scooter bogowie osiedla

Obserwowałem w napięciu całą tę szopkę którą odpierdalał i dziwiłem się skąd w nim taka wiksa, bo przecież kilka minut wcześniej dogorywał wpatrzony tępo w płomienie, zamulony ściemnionym ziołem. Jego pląsy przy ognisku, wysokie podnoszenie nóg, przypominało Indianina z kolorowym pióropuszem horyzontalnych dymów i świateł, wykonującego taniec deszczu. Ogniskowe towarzystwo, jeszcze chwilę temu bojowo do nas nastawione, zaczęło klaskać i kibicować pobudzonemu Kreplowi, a wszelka niechęć do naszych szeleszczących ortalionów momentalnie zniknęła. Na twarzach pojawił się uśmiech i chęć zapoznania się. Ale nie mieliśmy ochoty na zawieranie znajomości, przynajmniej ja nie miałem, Krepel chyba również, bo nieprzerwanie tańczył, zachowując się jakby połknął jakiegoś tabsa z MDMA. 

Odmienny stan świadomości, w którym się znalazł całkowicie rozłączył go z rzeczywistością. Ludzie wokół urządzali sobie z niego podśmiechujki, lecz on w ogóle się tym nie przejmował, choć z natury był zakompleksiony i bardzo wrażliwy na krytykę. Tańczył i śpiewał w najlepsze, aż do momentu gdy gitarowa muzyka zamilkła. Dźwięk trzeszczących w ogniu polan, gałęzi i chrustu zagęścił atmosferę wokół paleniska. Wszyscy z niepokojem wpatrywali się w Krepla. On natomiast powoli dochodził do siebie, ostrzył soczewki mrużąc oczy i przestawał wyginać twarz. Nagle padł przed Tomusiem na kolana i zaczął błagać:

- Te, zagrej coś jeszcze. Zagrej mi techno, zagrej mi disco. Tyś jes pieronym dobry muzyk. Zagrej coś jeszcze elektronicznego na gitarze.

Ludzie widząc Krepla na kolanach, zaczęli krzyczeć Tomek, Tomek, Tomek... I Tomuś chwycił za gitarę, kilkoma riffami podkręcił się na dobre, po czym uderzył w struny grając… Coco Jambo grupy Mr. President. Krepla jakby wryło w ziemię. Na początku nie dowierzał, myśląc że to jakiś żart, ale po chwili nuty ułożyły mu się w głowie na intelektualnej pięciolinii, odzyskał rezon i zaczął się znów bujać, śpiewając słowa zwrotek i refrenu. Wtórowali mu wszyscy przy ognisku, bo melodia ta znana była pod całym nieboskłonem. Później jeszcze dało się usłyszeć I wanna be with you - Fun Factory i Hey yo Captain Jack, wyśpiewywane przez całe towarzystwo. Nie wierzyłem własnym oczom i uszom. Sztywne brudy w glanach, które jeszcze przed chwilą stały na straży swoich rockowych wartości, nagle odpuściły i odkryły swoje prawdziwe, popowe oblicze. Pląsający tłum wyglądał śmiesznie, ale nikt na nikogo krzywo nie patrzył, a sam Krepel stał się duszą towarzystwa, wodzirejem, który inicjował każdą nową graną przez Tomusia piosenkę. Nie umiałem wyjść z podziwu i próbowałem sobie jakoś wyjaśnić tę dziwną sytuację. Jedynym sensownym wytłumaczeniem był fakt, że muzyka jest językiem wszechświata i wystarczy ją lubić by się dogadać i żyć w zgodzie. Tak, toby się zgadzało, ponieważ całe towarzystwo rozumiało się wzajemnie, jakby wszyscy zaczęli nagle mówić językiem sprzed wieży babel. Metal dogadywał się z bluesmanem, bluesman z punkiem, a punk z dresiarzem. 

Bania powoli mnie puszczała, ale pacman upominał się o swoje, więc korzystając z chwili zamieszania, rozgrzebałem żar i wyciągnąłem patykiem dwa dość duże pieczone ziemniaki. Parzyły w dłonie. Wstałem i oddaliłem się od ogniska by zjeść je w spokoju. Rozgryzłem spieczoną chrupiącą skórkę aż węgiel zazgrzytał między zębami. Ze środka gorącego ziemniaka buchnęła para. Smakował wybornie, wiosennie rzekłbym nawet. Jadłem powoli, a miękki, upieczony miąższ rozpływał mi się w ustach. Żałowałem jedynie, że nie mam masła czosnkowego, które dopełniłoby rozkosz podniebienia. Miałem za to chorzowski horyzont, na którym niczym z kotła dymiło się na potęgę, a który to kocioł podgrzewany był przez metanowy palnik karbidowni. Bez pachniał jak zwykle tej wiosny.


05.03.2019 Leave a comment

quickshot

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia zepsuł mi się joystick. Pękła sprężyna, która podtrzymywała blaszkę w mikrostyku. Niesamowicie mnie to zmartwiło, ponieważ wolne dni jakie pozostały do Sylwestra zapowiadały się nudno. Bez komputera moje małoletnie życie było puste i jałowe. Do tej pory programy, a przede wszystkim gry, które uwielbiałem, rozgrzewały procesor i zasilacz Commodora do czerwoności, a pozbawiony plastikowej obudowy magnetofon co chwilę ładował do sześćdziesięcio cztero kilobajtowej pamięci soft odtwarzany z kaset. Rozkręciłem go tylko dlatego, by mieć większy dostęp do dwóch śrubek pozycjonujących prawidłowy skos głowicy. O joysticku już nie wspominam, ponieważ zgrzytanie rękojeścią na lewo i prawo niosło się po mieszkaniu i drażniło całą rodzinę. 



Odszukałem więc paragon oraz karton, spakowałem joystick, wkładając całość w przeźroczystą reklamówkę i wyszedłem do sklepu celem złożenia reklamacji. Na placu zabaw zaczepili mnie Robert z Marcinem, którzy siedzieli na oparciu ławki i jarali szluga na dwóch. Nie lubiłem ich trochę, bo byli starsi i przemądrzali, ale stanąłem na chwilę i zagadałem z nimi.

- Kaj idziesz? - spytali.
- Do sklepu. - odpowiedziałem enigmatycznie.
- A co to mosz w epie? Joystick?
- Ja. Ida łoddać do reklamacji. - poczułem, że nie wywinę się od odpowiedzi.
- To my idemy z tobą.

Wstali z ławki, rozdeptali kiepa i ruszyli ze mną do sklepu komputerowego, który mieścił się w centrum miasta na pierwszym piętrze spółdzielczego domu handlowego Tęcza. Po drodze trochę gadaliśmy, głównie porównując gry z C64 do flipperów. Narzekali, że grafika uboga, muzyka nijaka, a całość w zderzeniu z grą wideo z automatu wygląda groteskowo. Tłumaczyłem, że to tylko Commodor, osiem bitów, mało pamięci i przede wszystkim to komputer domowy. Kręcili nosami.

Autor: K. Gierałtowski
W Tęczy stoisko komputerowe mieściło się zaraz przy wejściu na piętro. Kręciło się przy nim dużo ludzi, bo na regałach stała Amiga 600, która na początku lat dziewięćdziesiątych była rarytasem, a poza tym imponowała grafiką, pamięcią RAM oraz małym rozmiarem i dużymi możliwościami. Popularnością cieszyły się również gry, które właściciel stoiska piracił na giełdzie komputerowej i później sprzedawał z zyskiem. Ich jakość pozostawała wiele do życzenia, ponieważ często występowały na kilku nośnikach, z których na przykład jeden zawierał błędy, powodując nieprawidłowy odczyt w stacji dyskietek i w związku z tym niemożność dalszego użytkowania. 

Wkomponowałem się w tłum i cierpliwie ustawiłem w kolejce.

Gdy ekspedientka zwróciła się do mnie, zacząłem jej tłumaczyć o co chodzi z moim joystickiem. Spojrzała na paragon, pomacała karton, nawet wyciągnęła zawartość, by w końcu powiedzieć:

- Przykro mi, ale pod koniec roku reklamacji nie przyjmujemy. Proszę przyjść w styczniu.
- Ale jak to w styczniu? - zaprotestowałem.
- No, normalnie, po Nowym Roku. - odpyszczyła i zwróciła się do nowego klienta przy ladzie.

I wtedy właśnie nastąpiło coś czego się nie spodziewałem. Robert z Marcinem przyszli mi w sukurs.

- Jak to reklamacji nie przyjmujecie? - dość głośno po polsku zapytał Robert, który na co dzień godoł ino po ślonsku.

Zaskoczona ekspedientka spojrzała na niego z pogardą.

- Te, godom do ciebie babo? Co ty po polsku niy rozumisz? - wcisnął się między klienta a ladę i spojrzał jej w oczy.

Ale ekspedientka nie reagowała na werbalne komendy Roberta. Widząc to, Marcin wszedł na stoisko i zaczął sam zachęcać klientów do zakupu sprzętu elektronicznego, dumnie ściągając go z regałów i prezentując na ladzie. 

- Co Pan robi? - wydarła się na niego ekspedientka.
- Sprzedaję. - odezwał się z uśmiechem Marcin.
- Niech pan przestanie!
- To niech pani przyjmie reklamację!
- Ale ja nie mogę.
- Dlaczego?
- Szef nie pozwolił. - odparła prawie ze łzami w oczach.
- Słyszeliście? - wydarł się Marcin na cały sklep - reklamacji na tym stoisku nie uwzględnia się! 

Ludzie, którzy początkowo trzymali stronę ekspedientki i próbowali w jakiś sposób powstrzymać buńczuczność moich starszych kolegów, po tym komunikacie zwrócili się przeciwko niej. Jak to, reklamacji nie uwzględnia się? - krzyczeli oburzeni? Co to ma znaczyć? - wkurzali się z niemocy. Marcin zaś korzystając z przychylnych okoliczności, włożył jej do ręki długopis i nakazał szukać w szufladach lady blankietów reklamacyjnych. Gdy bloczek pojawił się na blacie, przełożył odpowiednio kalki i wrzasnął - pisz! Zdominowana ekspedientka, ocierając łzy, drżącą ręką zaczęła wypisywać reklamację, a Marcin powoli odkładał wszystkie sprzęty na regały. Po chwili blankiet z pieczątką i podpisem trzymałem w dłoni, a w tłumie dało się słyszeć - hardy bolo, ale ją zdominował, panie, młode to teraz najgorsze są. Zostawiłem joystick na ladzie, opryskliwie podziękowałem i ani się obejrzałem, gdy szliśmy już w stronę domu, a Robert i Marcin jak zwykle jarali szluga na dwóch.

Po latach mile wspominam to wydarzenie, choć nie ukrywam, że raptowne metody perswazji moich starszych kolegów trochę mnie wtedy przerażały. Na szczęście wychowywaliśmy się na jednym osiedlu, gdzie tego typu mobbing trenowaliśmy prawie każdego dnia, co powodowało, że nasza ekipa była zgrana. W połowie stycznia bez żadnych problemów odebrałem naprawiony joystick. Ekspedientka już tam nie pracowała.

Dziś Marcin jest spełnionym handlowcem, a Robert dzięki swojej odwadze miał już kilka firm. Myślę, że w końcu znajdzie niszę na której zarobi krocie. 

Tak właśnie wyglądało życie nastolatków w trakcie transformacji ustrojowej, gospodarczej i społecznej z początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.


26.12.2018 1 Comment

« Starsze posty
Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.