Proszkarz

Hokowałem przy barze, sącząc zimne piwo, a leniwy, sobotni wieczór odbijał się w kolorowych butelkach z alkoholem stojących na półkach. Dochodziła pierwsza. Zmęczona barmanka o całkiem niezłej figurze jak na milfona przystało, od czasu do czasu zerkała w moją stronę. 

Odwzajemniałem te spojrzenia, obcinając jej symetryczne kształty, które w kalejdoskopie świateł dyskoteki prezentowały się idealnie, i jednocześnie marzyłem o szybkim seksie gdzieś na zapleczu albo w kuchni tej speluny, przypuszczając, że musi być niezła w te gierki, skoro potrafi wytrzymać całą noc w szpilkach. 

Jej anielski czar para­liżował mnie jednak do tego stopnia, że nie potrafiłem wydusić z siebie słowa, natomiast kiedy spoglądałem na nią przez denną soczewkę pustej szklanki, jawiła się demonem, rozmytym promilami. Nazywała się Laura. Znali ją tutaj wszyscy. Udawała cnotkę niewydymkę, niedostępną dla przeciętnego konsumenta, ale ja wiedziałem, że daje każdemu, kto szeleści papierem i podjeżdża zagranicznym autem. 

Knajpa należała do niej. Nie wiem, czy była właścicielką, czy tylko wspól­niczką, ale na pewno szefowała tutaj. Lubiłem ją, bo z tej jedynej w miasteczku tancbudy próbowała zrobić przyjazną miejscówkę dla lokalsów. I to się udawało. W tyglu, bo tak nazywałem to miejsce, gromadzili się wszyscy mieszkańcy: biedni, bogaci, wykształceni, chuje bez szkoły, ładni, brzydcy i – co najważniejsze – nikt nikomu nie przeszkadzał. Taka symbioza była możliwa tylko w małych miastach i dobrze sprawdzała się u nas. 

Żeby podnieść poziom imprez, zatrudniała didżeja, który bujał całą taneczną salą, a basy z jego głośników dudniły nawet przy barze, zachęcając nogi do rytmicznych podskoków. Na parkiecie królowała muzyka raczej lekka i przyjemna. Tej nocy moja noga drgała przy „Love song for Halina”.

Kilka minut po pierwszej zmęczenie nużyło mnie już tak bardzo, że musiałem podpierać głowę ręką. Powoli przechodziłem w klubowy stendbaj, gdy nagle ktoś mocno szturchnął mnie w bok. Rozbudziłem się momentalnie, obracając się o sto osiemdziesiąt stopni z tęgim marsem na twarzy, gotowy związać słowami na krótką chwilę tego kogoś, ale gdy spojrzałem mu w twarz, gniew minął. O! Darek, ja pierdolę! – krzyknąłem, ale krzyk ten był ledwo słyszalny w klubowym jazgocie. Darek Rychlewski stał z otwartymi ramionami, chcąc mnie objąć na tak zwanego misia. 

Przywitaliśmy się. Co tam? – zapytałem z ciekawości, bo dawno go nie widziałem. Nachylił się do mnie, chwytając za krzyżyk, który zwisał mu z szyi, i coś tam zaczął szeptać mi do ucha. Trochę śmierdział. Zawsze miał taką manierę, że gdy mówił coś osobistego, to łapał się za kołnierz. Być może był to jakiś niewerbalny znak, że to, o co prosi, jest szczere i wypływa z jego serca. 

Pokazałem mu gestem, żeby powtó­rzył jeszcze raz, bo nic nie usłyszałem. Powtórzył. Zrozumiałem tylko… białe. Szybko pokojarzyłem pozostałe ledwo słyszalne słowa i zrozumiałem, że Darek szuka kogoś, kto może mu sprzedać białe. Tam pod ścianą – wskazałem palcem – stoi koleś, jego zapytaj. Dzięki, chopie. God bless you – odpowiedział Darek, jednocześnie łapiąc się za krzyżyk. Tak, bless you, proszkarzu – pomyślałem i odprowadziłem go wzrokiem pod ścianę. 


Trochę zdziadział. Przetłuszczone włosy i delikatna politura na czole zdradzały, że to już nie pierwsza zarwana noc. Pewnie grał przypudrowany na pleju z ziomkami gdzieś na kwadracie i zabrakło białego – pomyślałem. Poza tym był niechlujnie ubrany. Szary, przepocony golf, wytarte, dziurawe dżinsy i brudne adidasy. Jakby w ogóle nie dbał o swój wygląd. 

No cóż, amfetaminowy ciąg niszczy każde poczucie estetyki, jego sprawa. Zamoczyłem usta w piwie, poszelontałem szklanką, żeby wzniecić pianę, i wychyliłem. Spojrzałem w kierunku Darka. Dogadywał się pod ścianą z dilerem. Chwilę później weszli razem do ubikacji, by zakończyć transakcję wiązaną. 

Kiedy przechodził obok mnie, znów chwycił się za krzyżyk zwisający z łańcuszka i przymrużył oczy, dając do zrozumienia, że wszystko dobrze poszło i że dziękuje. Dopiłem browara do końca. Popatrzyłem jeszcze na barmankę, napalając się jak najmocniej na jej nogi, biust i zad z nadzieją na jak najlepszą pamięciówę przed snem. Odstawiłem szklankę i wyszedłem z knajpy.

Kilka miesięcy później ostatni majowy weekend postanowiłem spędzić spokojnie. W sobotni wieczór nie szlajałem się po knajpach, jak to miałem w zwyczaju, tylko zostałem w domu, oszczędzając siły przed pielgrzymką. Tak, przed pielgrzymką mężczyzn do Matki Boskiej Piekarskiej. W niedzielę obudziłem się dość wcześnie, bo koło piątej. 

Poranne zorze, które swoimi czerwonymi płomieniami rozgrzewały niebo, wznieciły we mnie pozytywny nastrój mimo tak wczesnej pory, ponieważ wróżyły ładną, słoneczną pogodę na cały dzień. Spakowałem więc plecak, składane krzesełko turystyczne i poszedłem na miejsce zbiórki. Akurat w naszej parafii ksiądz nigdy nie nakazywał facetom śpiewać po drodze tych wszystkich sakralnych pieśni i pewnie dlatego rokrocznie frekwencja dopisywała. 

Tym razem również na placu pod kościołem zebrał się pokaźny tłum mężczyzn. Wszyscy zwarci i gotowi do marszu czekali na odprawę, ptfu, na błogosławieństwo, które sprzyjało szczęśliwej, dwunastokilometrowej drodze. Stanąłem pod gablotą, licząc, że kilka przypadkowych kropel święconej wody wytrzęsionych z kropielnicy ponad tłumem spadnie na mnie. 

I kiedy wyeksponowałem się już suchym, wyja­łowionym duchem na przyjęcie owych kropel, poczułem, że ktoś na mnie patrzy z boku. Odwróciłem głowę i ujrzałem Darka. Darka proszkarza, który uśmiechał się do mnie. Postanowiłem ruszyć w jego stronę w celu przywitania się, bo jak podejrzewałem, wstydził się tego, że spotkałem go w takim niemęskim miejscu. 

Siema – ścisnąłem rękę w pięść, żeby przybić z nim żółwika. Przybił, ale trochę go skwasiło. Pewnie obawiał się, że rozpowiem na osiedlu i w spelunie, że Darek stał się mięczakiem i teraz zamiast nocami baletować w klubach chodzi na pielgrzymki. Miło cię widzieć – kontynuowałem dialog. No, miło – odpowiedział i zaczął wzdychać: moja w cionży, ida poprosić ło szczynśliwe rozwionzanie. God bless you – chwyciłem go za palec i przyłożyłem do krzyżyka, który zwisał mu z szyi. W tym momencie spadło na nas kilka zabłąkanych kropel święconej wody. Po chwili szyk zaczął się formować do marszu. Ruszyliśmy. Nie szedłem w jego towarzystwie, ale widziałem, jak kroczy z przodu w zadumie.

13.08.2019 Leave a comment

Wszystkie dziwki Odziwka cz. 1

fragment opowiadania Wszystkie dziwki Odziwka pochodzi ze zbioru opowiadań Heft#3


Moje osiedle jest po prostu moje i nikogo więcej. 
Mój blok jest po prostu mój i nikogo więcej. 
Moja ławka jest po prostu moja i nikogo więcej. 
Moszczę się w oknie kiedy chcę. Wiem wszystko. Znam każdego. 

Te samochody stoją tutaj już trzeci dzień, lecz nie należą do żadnego z lokatorów. Nie wydaje mi się, żeby ktoś z bloku miał gości, bo przecież wiedziałbym o tym pierwszy. Jeżeli za kilka dni nie odjadą, zrobię z nimi porządek. Gwóźdź mam ostry, więc dam zarobić lakiernikowi, nie wspominając o wulkanizatorze. 

Winda jest wreszcie czysta. Menele już w niej nie srają ani nie leją. Niedawno nawet kilku przekopałem, tych, co to przychodzili do Chlebowskich. Niech nauczą się życia we wspólnocie mieszkaniowej. Z tą meliną prędzej czy później też zrobię porządek. Ale już nie siłowo, tylko prawnie. 

Osiedle monitorujemy społecznie, siedząc w letnie dni na ławkach przed blokami, a w zimowe wypełniając klatki schodowe. Jest głośno, ale bezpiecznie. Już dawno przestaliśmy zazdrościć swojego pokoju tym bananowcom z domów jednorodzinnych za parkiem. Pogodziliśmy się również z tym, że jesteśmy pokoleniem wyżu demograficznego i wszędzie nas pełno, że przypadło nam dorastać w czasach postkomunistycznych, i że przez komunizm musimy się teraz gnieść w komunach. 

Nasza pięcioosobowa rodzina mieszka w dwóch pokojach na czterdziestu metrach kwadratowych. Czasami odnoszę wrażenie, że ta klitka to właśnie przeludniona komuna. Zero prywatności i jeszcze na dodatek zero miejsca dla siebie. Matka non stop siedzi w kuchni. Ojciec całe dnie spędza w pracy, a jak jest w domu, to godzinami ogląda telewizor i pije piwo. Siostra z bratem stale kłócą się o najmniejszy kawałek podłogi. O cichym kąciku do nauki możemy pomarzyć. Na biurko zaadaptowaliśmy barek w meblościance. Rozkładane do dołu drzwi służą jako blat, na którym piszemy. Kolejność jest ustalona. Najpierw siostra odrabia zadanie, później brat, a na końcu ja, ponieważ jestem najstarszy i chodzę do mechanika, w którym nie muszę się za wiele uczyć. Korzystam z blatu tylko wtedy, gdy trzeba coś napisać w zeszycie, a tak to kartkuję podręczniki na rogówce do momentu, gdy nie pojawi się ojciec. 

Pokój dzielimy we troje. Siostra śpi na rozkładanym fotelu, ja z bratem na tapczanie. Każdy z nas posiada też jedną półkę na regale, na której trzyma swoje skarby. Kompletny brak intymności. Nigdy jeszcze nie zaprosiłem dziewczyny do domu. No bo niby gdzie mielibyśmy się podziać. Obiecałem sobie, że jak dorosnę, to nigdy nie zafunduję swoim dzieciom takich warunków życia. Choć nie wiem, czy cisza domu jednorodzinnego wpływałaby na mnie kojąco. 

Znam ten blok jak własną kieszeń. Każdą piwnicę, każdy zsyp na półpiętrze i suszarnię na dziesiątym. Wiem, gdzie jest tablica z bezpiecznikami, gdzie są zawory do zakręcania wody w pionie i jak wygląda maszynownia windy. Potrafię wejść na dach budynku i wiem, jak to zrobić cicho i bezszelestnie, potrafię również wejść na dach windy i bezpiecznie pojeździć nią w dół i w górę. O windach w zasadzie mógłbym dawać wykłady. Stare poczciwe Zremby są przeze mnie uwielbiane. Większość działa jeszcze na przekładniach, ale niektóre posiadają falownik, który podczas zatrzymywania, bądź blokowania kabiny między piętrami, steruje prędkością wyciągarki, wydając z maszynowni charakterystyczne dźwięki urywających się stalowych lin. Również samo poruszanie się kabiny po nienaoliwionych szynach generuje sporo hałasu.

Słyszę to wszystko doskonale, ponieważ betonowe ściany mieszkania są bardzo cienkie. Budowa tych bloków musiała przebiegać dość szybko. Wielka płyta została odlana niedbale, zbrojenie jest momentami wypaczone, a konstrukcja nie spełnia norm wymiarowych i nie trzyma pionu. Podziwiam rodziców za to, że zgodzili się odebrać tak wybrakowany lokal. Ale z drugiej strony, chyba nie mieli wyboru. W latach siedemdziesiątych nie uznawano roszczeń. Pewnie cieszyli się, że mają coś nowego i swojego. 

W ciepłe dni ze zsypów unosi się fetor. Wyziewy fruwają po korytarzach pięter. Cuchnie niesamowicie. Niektórzy sąsiedzi kładą kulki naftaliny na parapet okienny półpiętra. Mieszanina tych organicznych gazów powoduje torsje. Dobrze, że mieszkam nisko, bo zawsze w porę udaje mi się wybiec z klatki, gdy szarpie mną odruch wymiotny. Już jakiś czas temu administracja obiecała, że zlikwiduje zsypy. Byłoby super, bo pomieszczenia, w których się znajdują, są dość duże i można by zrobić z nich schowek albo kanciapę. Już teraz niektórzy trzymają tam narzędzia, rowery i wszystkie rzeczy niemieszczące się w ich ciasnych czterech ścianach. Problemem jest tylko hydrant. W razie pożaru całe pomieszczenie prawdopodobnie zostałoby zalane wodą.

Mogę o sobie powiedzieć, że jestem strażnikiem osiedla, aniołem stróżem betonowej dżungli. Moje skrzydła o żeliwnej konstrukcji wypełnione lekkim gazobetonem unoszą mnie nad każdym blokiem. Dbam o ład i porządek według regulaminu. Mojego regulaminu. Wymagam ciszy i spokoju. Nasz blok jest dobrem wspólnym wszystkich mieszkańców.

bogowie osiedla heft #3


03.08.2019 Leave a comment

Kill'em all cz.1

fragment opowiadania Kill'em all pochodzi ze zbioru opowiadań Heft#3

A gdyby tak wszystkich zabić? Wszystkich, którzy mnie wkurwiają. To byłby
dopiero szok. Szeregowy pracownik korporacji morduje swoich przełożonych
– raziłyby w oczy nagłówki gazet. W sumie, czemu nie? Wreszcie
miałbym spokój. Moja frustracja rozeszłaby się po kościach, po ich kościach.
Widok umierających kolegów i koleżanek przy zakrwawionych biurkach uspokoiłby
mnie. Po raz pierwszy wykresy i liczby, słupki i wskaźniki miałyby jakiś
sens. Zostałbym polskim Breivikiem, tylko że bez PlayStation i Internetu w celi.

Trochę szkoda. Ale czego się nie robi dla idei. A może jednak lepiej byłoby tak
jakoś humanitarnie rozprawić się z tą ich konsumpcyjną filozofią życia? Jakiś reset?
Tak, twardy reset mózgu. Black Screen of Death. Pstryk guziczek i po sprawie.

Pomysł o wiele lepszy i mniej destrukcyjny. Hmm, niech pomyślę. Rozpętałbym
wojnę. Nie żadną tam światową. Prywatną, moją wojnę z nimi. Tylko ona mogłaby
cofnąć ich do ustawień początkowych, wyzerować wartości. Kampania – format
oni dwukropek. Uruchomiłbym ponownie kod źródłowy w ich głowach nadpisany
wcześniej przez zło tego świata. Nastałby nowy porządek. Żadnych backupów
z przeszłości. Moja flaga powiewałaby w ich obozie próżności. 

Tylko czy ten system byłby stabilny? W sensie bez bugów? Bo przez te bugi mogłyby się przedostawać
emocje, które z powrotem zamieniałyby wartości na materialne. Hmm, gdyby tak
się stało, to już musiałbym ich definitywnie zabić. Najchętniej skupiając to całe
towarzystwo w sali konferencyjnej. Korporacyjna rzeź niewiniątek, bo oni prawie
zawsze są niewinni, myślą, że im się wszystko należy i że wciąż mają rację. 

Och, już widzę co poniektórych na ziemi, związanych plastikową opaską zaciskową,
próbujących bełkotać coś przez usta zakneblowane gąbką od mazaków sucho8
ścieralnych i zalepione srebrną taśmą klejącą. Co za piękny widok. Następnie
przeładowałbym kałacha i pociągnął serią z lewa na prawo. Uuu, aż mam ciary
na plecach. Ramię niczym sprężyna, chodziłoby tam i z powrotem pod wpływem
siły wyrzutu, a krew tryskałaby z rozrywanych tętnic i żył. W jednej chwili przekonaliby
się, ilu wartościowy jest ołów. Resztki osmolonego mięsa podskakiwałyby
na szkieletach kości w rytm świstu pocisków. Ciała samoistnie by się ćwiartowały.

Albo nie. Niech zdychają wolno i boleśnie. Niech konają w męczarniach, wiją się
z bólu w konwulsjach. Może bomba albo granat? Sam nie wiem. Takie gadżety
robią huk i rozrywają ciała na kawałki. Czasami tylko odłamki urywają ręce lub
nogi. Dlatego epicentrum wybuchu musiałoby być na przykład na korytarzu, tak
żeby naruszyć konstrukcję budynku i inne ściany nośne. Przy okazji zostałoby
zniszczone całe piętro biurowca. Byłoby miło. Jako linię obrony przyjąłbym ich
korporacyjny tok rozumowania. Oni najpierw coś robią, a później dorabiają do tego
ideologię, więc zwaliłbym winę na nieszczelną instalację gazową. 

A właśnie, gdyby tak gazem ich wytruć? Tak, gazem. Sarinem jakimś, fosgenem, musztardowym.
To proste. Wrzuciłbym jeden taki maleńki pojemnik do porannego autobusu, który
wypluwa ich przed biurowiec, i zaczekał. Zaczekał, aż dym zacznie się unosić,
aż wypełni im płuca, aż zaciągną się głęboko do zadławienia, aż zaczną szukać
swoimi rybimi dzióbkami najmniejszej szczeliny, z której dochodzi powietrze.
W ich błagalnych rykach i jękach zginąłby także mój gniew i wkurw. A później
ciała same wypadłyby na zewnątrz. Ciągnące się jak guma ręce i nogi podwędzone
przez gaz. To by mi konweniowało z preparatem do udrażniania rur, więc
upychałbym te ciała w ulicznej kanalizacji, posypywał ługiem sodowym i zalewał
gorącą wodą, żeby lepiej się przeżarło. Nie byłoby ich. Mój świat wypełniłby spokój.

bogowie osiedla kill'em all

17.07.2019 Leave a comment

« Starsze posty
Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.