Kolega okazał się ciulem cz.1

Berliński żar lał się z nieba. Promienie słoneczne niczym szpilki wdzierały się przez mozaikę na szybach żółtej U-Bahny i kłuły boleśnie moje ciało, sącząc pot z porowatej skóry. Czułem się jak w termostatowanym piekarniku, który wymieniając powietrze podczas postoju na stacjach, natychmiast nagrzewał się do zaprogramowanej temperatury. 

Kolejka mknęła przed siebie, a ja rozpaczliwie poszukiwałem cienia, zasłaniając się ciałem współpasażerów. Moja koszulka była mokra, ciekło mi po plecach, kleiłem się do oparcia. I pomyśleć, że jeszcze kilka minut temu w podziemiach miasta panował przyjemny chłód, niezapowiadający takiej duchoty. Uff. Przejazd dłużył się niesamowicie. 

Co chwilę spoglądałem na schemat linii, odliczając, ile jeszcze do Warschauer Strasse. Klaustrofobiczna schiza wywoływała u mnie napięcie, którego nie potrafiłem rozładować, a dodatkowym stresem była nieznajomość wschodniej części miasta. Zamie­rzałem zobaczyć East Side Gallery, a nie bardzo wiedziałem, gdzie się znajduje. 

Postanowiłem więc, że wyjdę z wagonu i pójdę tam, gdzie wszyscy. Po kilkunastu minutach wtoczyliśmy się na stację końcową. Opuściłem metalową puszkę i zsze­dłem schodami z estakady w tłumie berlińczyków na ulicę Warszawską. 

Minęło kilka chwil, zanim graffiti na murze przy Mühlenstrasse rzuciło mi się w oczy. Zacząłem przyglądać się każdemu wrzutowi z osobna. Z daleka i z bliska. Psikałem trochę sprejem w latach dziewięćdziesiątych, ale ze względu na brak talentu rzuciłem to. Od dawna jednak fascynowała mnie ta część hip-hopu, na szczęście nie na tyle, by zajmować się jej krytyką. Potraktowałem tę galerię jako przekaz historyczny, bo resztki tej budowli to przecież kronika komunizmu. Całujący się Honecker i Breżniew byli w trochę gorszej kondycji wizualnej, ze względu na tagi zostawiane markerem przez zwiedzających z całego świata. Trabant za to prezentował się całkiem nieźle. 

Kiedy tak zbliżałem się i oddalałem od ściany, wpadłem na kilku ludzi, którzy stali na chodniku. Kulturalnie przeprosiłem łamanym niemieckim, a oni słysząc i widząc, że jestem turystą, otoczyli mnie. Zanim zorientowałem się, o co chodzi, trzy kubki na dywaniku poszły w ruch. Ein, zwei, drei, ein, zwei, drei, ein, zwei, drei – machlował Hütchenspieler, pokazując mi w przysiadzie piłeczkę, która pod wpływem jego zwinnych palców pojawiała się i znikała. 

Zerknąłem na towarzystwo, które wokół mnie wachlowało się banknotami euro, i już wiedziałem, że nie będzie łatwo wyjść z tego kręgu. Po chwili znów usłyszałem: ein, zwei, drei, ein, zwei, drei, ein, zwei, drei i stop. Dziewczyna obok mnie wska­zała banknotem pięćdziesięciu euro, gdzie miałaby się znajdować piłeczka, Hütchenspieler również zaszeleścił podobnym nominałem i podniósł kubek. 

Wygrała, dając mi do zrozumienia, że to proste i żebym spróbował. Pokręciłem nosem, podrapałem się pod mokrą pachą i cała sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy. Tym razem wygrał starszy gość oraz młodzieniec w krótkich spodniach. 

Wiedziałem, że następna kolejka będzie dla mnie, i że jeśli w porę nie ocknę się z tych zaklęć, mogę stracić nie tylko kasę, ale również portfel, bo jakoś tak dziwnie ciasno zrobiło się wokół mnie. Hütchenspieler ponownie rozpoczął swoje czary, patrząc mi w oczy, ale ja zacząłem się wycofywać z tego sztucznego tłoku, mówiąc – nein, danke, ich habe kein geld, ich bin aus Polen, lass mich los, ich habe kein geld. Początkowo nie chcieli mnie puścić, ale gdy zauważyli innych turystów przyglądających się grze, całą uwagę skupili na nich. Stanąłem z boku jeszcze na chwilę. 

Kędziorkowata fryzura Hütchenspielera przypomniała mi pewnego kolesia, z którym kilka lat temu przeżyłem podobną sytuację w Zakopanem.



29.08.2019

Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.