Siekiera

Od kiedy pojawiła się w moim życiu poczułem się gorszy. Zresztą nie tylko ja, moi koledzy i koleżanki również. A wszystko przez to, że byliśmy biedni i mieszkaliśmy w familokach. Tak, myślę że wypatrzyła nas już w pierwszym dniu szkoły, gdy staliśmy w równym szeregu na akademii, pasowani na uczniów wielkim ołówkiem. Pamiętam ten wrześniowy dzień. 
 
Moja kolorowa tyta, w środku wypełniona gazetami, a z wierzchu cukierkami, drażami i różowymi wstążkami, niczym specjalnym się nie wyróżniała. Za to mój granatowy fartuszek z białym kołnierzem, lśnił syntetyczną nitką w blasku rtęciowych neonówek. Podobnie nowe dżinsy, z białą skazą na nogawce oraz czarno białe trampki, które mogłem włożyć tylko dlatego, że sprzedawca obniżył cenę spodni, raziły po oczach wokoło. Tak mi się przynajmniej wydawało.
 
Nic bardziej mylnego. W jej oczach byłem tylko dzieckiem ubogiego stolarza i sprzątaczki. Czułem to. Czułem w jej wrednym spojrzeniu pogardę, którą rzucała spod ściany, stojąc i obserwując mnie. Jej zęby błyszczały na ledwo widocznych metalowych koronkach, a pomalowane na czerwono paznokcie kontrastowały z żółtą lamperią ścian korytarza. Miała na sobie bufiastą spódnicę w kwiatki oraz pantofle na wysokim obcasie i to zdecydowanie wyróżniało ją z tłumu, dając do zrozumienia, że szata zdobi człowieka. Do całego wizerunku nie pasowała jedynie brązowa trwała na głowie, znacząco podwyższająca wiek. 
 
Gdy nasyciła się już naszym widokiem, odwróciła głowę w kierunku naszych matek, chcąc pewnie rozeznać z kim będzie miała do czynienia przez najbliższe lata. A nasze matki, ubrane szaro, buro i ponuro, ale czysto i schludnie, w niemodnych torebkach, w kostiumach na niedzielę, wyciąganymi z szaf z naftaliną, cieszyły się, że zaczynamy nowy etap w życiu i nie za bardzo zwracały uwagę na to, że są obserwowane.

Zaczął się rok szkolny.

Po kilku tygodniach nieoficjalnie podzieliła uczniów na lepszych i gorszych. Ale ten podział nie miał nic wspólnego ze zdobywanymi ocenami, tylko z zamożnością i pozycją rodziców. Dzieci nauczycieli, urzędników, prominentów albo ludzi mających wpływy w komunistycznej rzeczywistości traktowała ulgowo.
 
Nas, dzieci górników, hutników, stolarzy, sprzątaczek, kucharek, bezrobotnych matek prowadzących domy, nieustannie strofowała opierdalając za byle co. Pewnie dlatego, że rodzice nie byli wykształceni, godali i nie potrafili się skonfrontować z magister Siekierą, która przy byle okazji ścinała swoim ostrzem każdy objaw indywidualizmu, nie mówiąc już o śląskości, której tak bardzo nie lubiła. 
 
Starała się ociosać nasze osobowości z cech, które organicznie chłonęliśmy w rodzinnym domu. I to okrzesanie miałoby jakiś sens, gdybyśmy zostali wychowani w polskiej tradycji, ale my wychowaliśmy się w tradycji śląskiej, która wychodziła nam nawet przez pory w skórze. Nie potrafiła tego znieść, pewnie uznawała to za porażkę pedagogiczną i mściła się co na niektórych.



Czasami miałem wrażenie, że byliśmy dla niej wrzodami z zatrutą niemieckimi naleciałościami krwią. Wyciskała nas jak tylko chciała, starannie okładając polskimi wyrazami z samogłoskami ą i ę. Oczyszczone tkanki chłonęły polską mowę, by po lekcjach znów ulec zakażeniu naturalnymi obyczajami domu rodzinnego. Mówiła, że ten dialekt to trądzik, młodzieńczy trądzik, który minie z wiekiem. Nie minął. Do dziś mam tak zapryszczoną twarz, że nie umiem sobie znaleźć dziewczyny.
 
obraz pochodzi z shutterstock
 

14.12.2017

Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.