Binchotan

Mam kumpla, który wygląda jak Alinoe. Pojawia się zawsze wtedy gdy spaceruję po dzielnicach cudów. Jego długie, zielone włosy harmonizują z wiśniową cegłą familoków. Do tego zwykle chodzi boso. Ubrany w białą bluzę z kapturem i spodnie dresowe wzbudza zainteresowanie lokalnego patolstwa, które nie umie się nadziwić, że w tej części miasta można mieć brudne nogi i jednocześnie czyste ciuchy. Śmieją się z niego i wytykają palcami. 

Czasami podchodzą do nas by przyjrzeć się jego egzotyce. Trącają, szturchają, nawet zagadują, ale kumpel się nie odzywa. Jest niemy i ma wyjebane w całe to patolstwo.

Czasami pytają mnie, kto to jest. Zwykle odpowiadam - nie wiem, bo tak naprawdę nie wiem dlaczego akurat dzisiaj ta istota stoi obok mnie. To wywołuje w nich frustrację, bo oni myślą prostolinijnie i chcą usłyszeć prostą odpowiedź, taką którą zrozumieją, by nie zmuszać się do użycia wyobraźni.

Przeważnie jednak milczę czekając na rozwój wydarzeń. I gdy tak czekam w ciszy czuję jak z sekundy na sekundę atmosfera tężeje, oddech staje się cięższy, a smród z gaszenia koksu dodatkowo zakwasza powietrze wokół nas. I wtedy patolstwo pokazuje wyższość i werbalnie nakazuje nam spierdalać grożąc dodatkowo wpierdolem. 

Ale ja nie boję się żadnego wpierdolu. Nie boję się, bo wiem że obok mnie jest mój kumpel, który co prawda nie słyszy, ale doskonale zna się na mimice twarzy. Wystarczy, że spojrzę i już widzę jak jego niebieskie oczy zachodzą bielmem. A to oznacza gniew, to oznacza że zaraz poleje się krew. Patolska krew. 

I nie wiadomo skąd kumpel wyciąga bat, długi skórzany bat, którym zaczyna wywijać w tę i z powrotem. Mielone powietrze świszczy nadając końcówce bata kąśliwość. Krwawią głowy, później plecy, a na końcu chude kościste dupy, których pręgi przebijają na czerwono przez brudne jeansy. Resztki zgniłych zębów dźwięcznie spadają na asfalt. Zaskoczone batożeniem patusy wyją z bólu, usiłują też krzyczeć, ale niewyraźne nawoływanie przypomina dziecięce seplenienie. 

Mimo to, po chwili wokół nas pojawiają się koledzy patusów, koledzy kolegów patusów… i robi się tłoczno. Chcą nas pobić, przekopać, poważnie zranić, by pomścić tych co to teraz bez zębów będą śmigać po dzielni. 

Kroi się lincz, ale w ogóle mnie to nie przeraża, bo wiem że mój kumpel zaraz rozpocznie multiplikację, wiem że zaraz będzie go naprawdę dużo. Zerkam więc za siebie i już widzę kilkadziesiąt postaci o zielonych długich włosach, w białych ciuchach, oczywiście boso stąpających po asfalcie. Wszystkie te postaci wywijają batem. 

Gwizd powietrza staje się inspirujący. Inspirujący, by dołączyć. Dołączyć do kumpla, a w zasadzie do kumpli. Ale, nie. Zostawię to jemu, zostawię to im. Świetnie sobie radzą w takich sytuacjach. Smagają mocno i celnie, a ich bezduszne oczy pokryte bielmem pozbawione są jakiegokolwiek człowieczeństwa. 

Patusy znów krwawią, randomowe pręgi od kąśliwych biczów znów zdobią korpusy ciał, a spadające na asfalt resztki zębów walają się wokół i szybko znikają w brudzie i kurzu. Boli, a jak boli to jest krzyk, to jest wycie, by ten ból złagodzić dźwiękiem. Nie pomaga, bo głosy idą w niebo zamiast w rany. Zbawienny wydaje się donośny płacz, później cichy szloch gdzieś pod elewacją budynku. 

To przynosi ulgę. Dlatego rozpraszają się, odchodzą, wycofują w bezpieczne miejsca dzielnicy. I nastaje cisza. Prawie martwa cisza, bo kilku zemdlonych leży pod moimi nogami. Spoglądam na kumpla, ale on stoi niewzruszony, jakby nic się nie stało.

Odchodzimy potykając się o poskręcane na asfalcie ciała. Matki opłakują swoich bitnych, pobitych synów i opatrują im rany, a reszta mieszkańców patrzy na nas jak na komando, które zrobiło porządek na dzielni. Śmiać mi się chce z tych ludzi. Ich zamknięte głowy nie dają rady przetworzyć takich emocji.

Bezradność nakazuje im krzyczeć, więc coś tam jeszcze krzyczą, ale nie słyszę dokładnie co, bo jestem zajęty rozpinaniem węglowej bransolety na ręce, którą jakiś czas temu znalazłem na jednym z górniczych osiedli przy okienku piwnicznym po świeżo zrzuconym węglu. Chowam ją do kieszeni, bo uwiera i nagle zauważam, że jestem sam.

zdj. Marek Locher
zdj. Marek Locher

21.09.2022

Filmy o tematyce śląskiej

Publikacja 10 albumów, które wpłynęły na mój muzyczny gust.

Memuar z czasów zarazy. Lata dwudzieste XXI wieku.

Filmy drogi

Teksty chronione są prawem autorskim. Obsługiwane przez usługę Blogger.